Janusz "Bartek" Bartkiewicz

TRYBUNA MYŚLI NIESKRĘPOWANEJ

czwartek, 26 luty 2026 14:29

Spytaj się dlaczego ...

  •  
Oceń artykuł
(2 głosów)

   Agresję na Ukrainę potępiam — tak jak potępiam każdą wojnę, niezależnie od tego, kto naciska spust i pod jakim sztandarem maszerują żołnierze. Wojna zawsze oznacza cierpienie cywilów, zrujnowane miasta i pokolenia naznaczone traumą. Tego nie da się usprawiedliwić żadną racją stanu.

Ale od pierwszych dni tego konfliktu podnoszę kwestię, o której w głównym nurcie debaty mówi się niechętnie: ta wojna nie wybuchła w próżni. W mojej ocenie została ona sprowokowana przez politykę rozszerzania NATO - w praktyce realizowaną pod przywództwem Stanów Zjednoczonych. Mimo wcześniejszych deklaracji składanych jeszcze Michaiłowi Gorbaczowowi, a później sygnałów wysyłanych do Władimira Putina, w 2008 roku podczas szczytu w Bukareszcie padła jednoznaczna zapowiedź, że Ukraina zostanie członkiem Sojuszu. Był to sygnał geopolityczny o ogromnym ciężarze.

Zadajmy sobie pytanie: czy przywódca Rosji - państwa o imperialnej tradycji, ale też o realnych obawach dotyczących własnego bezpieczeństwa - mógł całkowicie zignorować perspektywę przesunięcia infrastruktury militarnej NATO o 2 tysiące kilometrów bliżej swoich granic? Czy mógł pozwolić, aby natowskie rakiety mogły osiągnąć cele w Moskwie w ciągu kilku minut? W logice mocarstw liczy się nie deklarowana intencja, lecz potencjał i zdolność projekcji siły. W świecie, w którym czas dolotu rakiet liczy się w minutach, argument o „czysto defensywnym” charakterze sojuszu traci swoją niewinność.

Warto przypomnieć kryzys kubański z 1962 roku — dramatyczną konfrontację między administracją Johna F. Kennedy’ego a Nikitą Chruszczowem. Gdy radzieckie rakiety znalazły się tuż przy granicach USA, Waszyngton uznał to za egzystencjalne zagrożenie i był gotów iść na skraj wojny nuklearnej. Ostatecznie obie strony ustąpiły i wypracowały kompromis.

Dziś sytuacja jest odwrotna, lecz mechanizm psychologii i geopolityki pozostaje podobny.

Można odnieść wrażenie, że część zachodnich elit uznała Rosję za na tyle osłabioną, iż nie zdecyduje się ona na eskalację — zwłaszcza nuklearną. To była kalkulacja ryzyka. Historia pokazuje jednak, że gra na granicy bezpieczeństwa bywa niebezpieczna, a przekonanie o słabości przeciwnika często prowadzi do tragicznych błędów.

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę” — to zdanie brzmi dziś jak gorzkie podsumowanie logiki eskalacji. Bo choć odpowiedzialność za wybuch wojny spoczywa na tym, kto ją rozpoczął, to pytanie o polityczne decyzje, które do niej doprowadziły, pozostaje otwarte i warte uczciwej, pozbawionej emocji debaty.

2719270