ISTOTA SPORU
Po opublikowaniu wczoraj (13.01.2026) mojego posta wywiązała się interesująca, choć momentami symptomatyczna dla naszych czasów, wymiana opinii. Wyraziłem w nim przekonanie, że przedsiębiorstwa nie powstają po to, by ulżyć doli innych, lecz by generować zysk, który pozwala właścicielom żyć we względnym — a często całkiem realnym — luksusie. Taka jest logika kapitalizmu: zysk decyduje o wszystkim, a wartość człowieka sprowadza się do stanu jego konta bankowego.
Moje stanowisko spotkało się z krytyką ze strony panów Roberta Radczaka, Roberta Wąsa i Jarka Koczyńskiego, którzy zarzucili mi błędne myślenie w sprawie weta Donalda Tuska wobec projektu ustawy przygotowanej przez minister Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego — każdy ma prawo do własnych poglądów — gdyby nie fakt, że krytycy konsekwentnie omijają sedno problemu.
Sednem tym są prawa pracownicze. Prawa gwarantowane zarówno przez Konstytucję RP, jak i przez międzynarodowe umowy ratyfikowane przez Polskę. Prawa, które przysługują wszystkim pracującym — bez względu na to, czy są zatrudnieni w sektorze publicznym, czy prywatnym. To właśnie ich ochrony dotyczyły moje wypowiedzi i to one zostały przez moich adwersarzy całkowicie pominięte.
Owszem, nikt nie powinien mieć narzucanej formy zatrudnienia. Ten argument powtarzany jest niczym mantra. Tyle że w realnym świecie brzmi on jak ponury żart. Projekt ustawy Lewicy miał chronić przede wszystkim tych pracowników, których przedsiębiorcy zmuszają do pracy na tzw. „umowach śmieciowych” — często pod groźbą utraty zatrudnienia. Dotyczy to w szczególności ludzi młodych, wchodzących dopiero na rynek pracy.
Nie jest to dla mnie problem abstrakcyjny. Moja wnuczka stanęła przed klasycznym wyborem neoliberalnego rynku pracy: „śmieciówka” albo bezrobocie. Trudno w takiej sytuacji mówić o jakiejkolwiek wolności wyboru.
Dlatego pytam: czy naprawdę wierzymy jeszcze w mit, że każdy pracownik ma realną możliwość decydowania o warunkach swojego zatrudnienia? Nawet wtedy, gdy alternatywą jest brak środków do życia? Łatwo głosić takie tezy z pozycji tych, którzy nie muszą martwić się o jutro.
Młodzi ludzie, pracując ciężko i uczciwie, powinni mieć prawo do budowania swojej przyszłej emerytury, do stabilności i bezpieczeństwa socjalnego. Tymczasem polityka Donalda Tuska — konsekwentnie neoliberalna już od lat 80., gdy robotnicy walczyli o godną płacę i godne warunki pracy — zmierza w dokładnie przeciwnym kierunku.
Neoliberalizm oznacza bowiem jedno: brak realnych zasad. Wszystko, co nie jest zakazane, jest dozwolone. Zapowiadana deregulacja to nic innego jak dalsze osłabianie Kodeksu pracy i systematyczna likwidacja i tak już okrojonych praw pracowniczych. Skoro prawo pozwala na „śmieciówki”, przedsiębiorcy z nich korzystają — a każdy, kto ma wątpliwości, słyszy pytanie: „czego się czepia?”.
Z rozbawieniem — choć raczej gorzkim — czytam argumenty, że wzmocnienie ochrony pracowników doprowadzi do upadku firm, bo przestaną się one opłacać. Jeśli rzeczywiście jedynym warunkiem opłacalności jest pozbawianie ludzi elementarnych praw, to być może problem leży nie w ustawie, lecz w samym modelu prowadzenia biznesu.
Skoro przedsiębiorcy nie chcą dzielić się zyskiem z tymi, którzy go wypracowują, niech produkują sami. Dopóki jednak ich dochody powstają dzięki pracy rąk i umysłów zatrudnionych, dopóty pracownicy mają prawo do godnej płacy, emerytury, urlopu, opieki zdrowotnej i ochrony rodzicielstwa. Odbieranie tych praw pod hasłem „wolnego wyboru” jest zwyczajnym cynizmem.
Na koniec pozostaje zarzut, że nie powinienem zabierać głosu, bo nigdy nie prowadziłem działalności gospodarczej. To argument tyleż wygodny, co chybiony. Nie wypowiadam się bowiem o logistyce produkcji ani o zarządzaniu firmą. Mówię o prawie i etyce — o tym, gdzie kończy się interes przedsiębiorcy, a zaczyna odpowiedzialność wobec ludzi, bez których żadna firma nie istnieje.
I na tym właśnie polega istota sporu.








