Ziobrowy stand-up
Dziennikarze wpadli w ekstazę, bo Ziobro wczoraj – między jednym oburzeniem a drugim – przyznał, że to on sprowadził do Polski Pegasusa. No naprawdę, rewelacja na miarę odkrycia, że to Mikołaj przynosi prezenty. A kto niby miał to zrobić? Woźny z ministerstwa? Przecież oczywiste było, że tylko minister mógł taką decyzję podjąć. I sama decyzja – powiedzmy szczerze – miała sens. Policja i służby muszą mieć czym ścigać przestępców, bo pałka i długopis to trochę za mało na XXI wiek.
Problem zaczął się później. Pegasus zamiast być supernowoczesnym młotem na mafię, stał się też niestety narzędziem podsłuchiwania wszystkiego, co się rusza – czasem zgodnie z prawem, a czasem tak „po swojemu”. Do tego kupiony został jak kiełbasa na bazarze – z pominięciem reguł i papierków. A sądy? Sądy grzecznie dawały zgody, nie wiedząc, że Pegasus to nie dyktafon na podsłuchu, tylko wehikuł czasu, co to sięga wstecz i podgląda także tych, którzy z kontrolą nie mieli nic wspólnego.
Ziobro przy tym wszystkim zachował się jak uczeń, który najpierw twierdzi, że nie uznaje szkoły, a potem siada w pierwszej ławce, odrabia zadanie i recytuje wierszyk. Bo z jednej strony grzmiał, że komisja działa bezprawnie, a z drugiej – elegancko ślubował, potwierdził, że pouczenie zrozumiał i zaczął mówić. I to jak mówić! Tak się zapędził w swojej opowieści o bohaterstwie, że ujawnił tajemnice śledztw – od Nowaka, przez Giertycha, aż po sędzię Morawiec. Tajemnice, które miał trzymać na kłódkę.
A komisja? Komisja siedziała i słuchała, jakby opowiadał im bajkę na dobranoc. Ziobro mijał się z prawdą, szafował oskarżeniami, zniesławiał, a oni kiwali głowami. No cóż, niektórzy politycy to mają dar – potrafią zrobić z przesłuchania własny stand-up.
Ale najciekawsze dopiero przed nami. Bo wszystkie te „popisy” odbywały się na wizji. Cała Polska słyszała, cała Polska widziała. I tym razem nie da się tego przykryć partyjnym chórem. Ziobro, chcąc nie chcąc, sam sobie założył podsłuch – i nagrał materiał dowodowy dla prokuratury.








