Wart Pac pałaca a pałac Paca
Przed chwilą wyłączyłem telewizor, dochodząc do wniosku, że zmarnowałem ponad trzy godziny na oglądanie i wysłuchiwanie nieudolnego przesłuchiwania Ziobry przez członków komisji śledczej.
* * *
Komisja śledcza miała być narzędziem rozliczenia, a okazała się sceną, na której politycy uprawiają amatorski teatr, a główny świadek gra swoją rolę z satysfakcją aktora, który wie, że reżyser nie ma nad nim żadnej władzy.
Nie mam złudzeń: ta komisja nie powstała po to, by cokolwiek rzetelnie ustalić. Jej zadanie jest proste – dostarczyć władzy obrazków, które pokażą obywatelom, jak bardzo „szeryf Zero” i jego ekipa mieli prawo w pogardzie. Tyle że obrazki nie wystarczą, jeśli są dowodem wyłącznie nieudolności posłów. A ta nieudolność była aż nadto widoczna.
Ziobro, zamiast poczuć się osaczonym, mógł godzinami rozwlekać odpowiedzi, powtarzać te same frazesy i zasłaniać się formułkami w rodzaju „poleciłem rozważenie możliwości”. To polityczne lawirowanie, które nie wnosi nic do sprawy, ale świetnie pokazuje słabość pytających. Bo zamiast zamknąć go w narożniku pytaniem, czy zabronił Wosiowi podjęcia decyzji przekazania do CBA 25 milionów zł z Funduszu Sprawiedliwości, co wymagałoby odpowiedzi „tak lub nie”, posłowie serwują elaboraty, które pozwalają świadkowi płynąć w niekończących się dygresjach.
Dramatem tej komisji (jak i wszystkich innych podobnych powołanych w Sejmie) jest brak profesjonalizmu, brak dyscypliny i brak świadomości, że w starciu z tak cynicznym graczem jak Ziobro amatorszczyzna nie ma szans. Bo tylko doświadczeni śledczy wiedzą, jak się prowadzi przesłuchanie – pytania są konkretne, a kiedy świadek próbuje się wymigać, na stół trafia dokument. Wtedy nie ma miejsca na „rozważania”. Tymczasem w komisji mamy ciągłe „czy pamięta pan, co pan wtedy powiedział?”
Ja na ten przykład absolutnie nie pamiętam, co przed laty polecałem moim podwładnym, kiedy realizowaliśmy jakąś sprawę, ale zawsze merytorycznie mogę się odnieść do każdego dokumentu, na którym znajduje się jakikolwiek ślad, że miałem go w ręku, zwłaszcza kiedy byłem jego autorem.
Ziobro zresztą sam mógłby przyjąć linię obrony bardziej wiarygodną: oświadczyć, że po ośmiu latach nie pamięta szczegółów i oczekuje konfrontacji z dokumentami, ponieważ przez ten czas zajmował się setkami różnych spraw, spotykał się z setkami różnych osób i podejmował (podpisywał) setki dokumentów. Więc jeżeli komisja chce się czego od niego dowiedzieć, to niech wykłada karty na stół, a on będzie się do nich odnosił. Ale on woli grać rolę sprytnego polityka, który robi wrażenie, że panuje nad sytuacją. Problem w tym, że komisja pozwala mu na tę grę.
Widzowie dostają więc kolejne odcinki politycznego serialu. Kamera rejestruje emocje, media wyciągają cytaty, a opinia publiczna otrzymuje poczucie, że odbywa się „rozliczenie”. W rzeczywistości nie dzieje się nic. I być może właśnie o to chodzi. Nie o fakty, lecz o show, które przykrywa brak realnych działań.
Bo fakty odkryją i przedstawią prowadzący śledztwa prokuratorzy, a ocenia je sąd. Więc prawda jest brutalna - to nie komisja, lecz prokuratura i sądy zdecydują o losie Ziobry. To tam rozstrzygnie się, czy były minister odpowie za swoje decyzje. Komisja zostanie zapamiętana najwyżej jako scena propagandowa, w której posłowie próbowali odgrywać rolę śledczych, a świadek udowodnił im, że nie dorównują mu ani doświadczeniem, ani sprytem.
Tak więc mamy teatr, w którym główny aktor nie gra pierwszych skrzypiec, ale i tak przyćmiewa wszystkich wokół. I tylko widz pozostaje z poczuciem, że po raz kolejny w polskiej polityce „wart Pac pałaca, a pałac Paca.








