1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

 Na 25 września Sąd Okręgowy w Świdnicy wyznaczył rozprawę apelacyjna w sprawie generała Leszka Lamparskiego, którego prokurator z IPN oskarżył o 92 zbrodnie przeciwko ludzkości. Z tego w rzeczywistości bzdurnego zarzutu Sąd Rejonowy – jako sąd I instancji – generała oczywiście uniewinnił, przez co na pewno bardzo mocno podpadł wiadomo komu i tylko czekam na informację, że sędziowie orzekający w tym składzie (trzech sędziów zawodowych) zostaną wezwani przez srogie oblicze sędziów Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, a tak naprawdę kolegów prokuratorów tego prokuratora z IPN. Operacja pod kryptonimem „Efekt mrożący” wszak już się rozpoczęła, czego doświadczyć mogli ci sędziowie, którzy się na dewastację ich niezależności i niezawisłości nie zgadzają.

Na rozprawę spóźniłem się parę minut, ponieważ optymistycznie założyłem, że do Świdnicy dojadę w czasie jak zwykle, czyli nie dłuższym niż 20 minut. Dlatego spod domu ruszyłem o 08.20, aby mieć czas na znalezienie miejsca do parkowania. Zaraz za Mokrzeszowem dogoniłem sznur samochodów (chyba z dwadzieścia parę), które wlokły się za dużym ciągnikiem, jadącym nie szybciej niż 30km/h. I tak aż do Słotwiny. Kiedy już zaparkowałem samochód niedaleko Aresztu Śledczego zostało mi tylko 10 minut aby dojść do sądu i ustalić numer sali. Postanowiłem, że podbiegnę kawałek i na ul. Różanej zahaczyłem stopą o wystającą płytę chodnikową i poczułem nagle jak ciężar mego ciała poddał się nagłemu wzrostowi przyciągania ziemskiego. W mocno pochylonej pozycji uczyniłem jeszcze kilka kroków, zastanawiając się, czy skierować się w strunę ceglanego muru AŚ, czy też usiłować przybrać pozycję bardziej pionową. Niestety dokonałem fatalnego wyboru i opcja druga całkowicie nie wypaliła, przez co rymnąłem jak długi (190 cm) na chodnik. Na szczęście dawne lekcje karate przydały się i robiąc półobrót upadłem na prawy bok. Niestety źle ułożyłem dłoń, przez co doznałem niewielkiego urazu w postaci zerwania skory. Pozbierałem się jakoś i do sądu zdążyłem, a od spotkanego mecenasa Jerzego Świteńkiego dowiedziałem się, że rozprawa odbędzie się w sali 109. Stanąłem więc pod drzwiami i czekałem. Po jakimś czasie na korytarzu zrobiło się pusto, co mnie trochę zdziwiło, bo zniknął mi z oczy mecenas Świetnki, z którym przede chwilą jeszcze rozmawiałem. Za moment podeszła do mnie pani, w której rozpoznałem oskarżycielkę posiłkową, bardzo mocno na gen. Lamparskiego rozeźloną, albowiem 13 grudnia 1981 roku była jedną z działaczek „Solidarności”, objętych decyzja o internowaniu. Na marginesie tylko wspomnę, że razem z jej (nieżyjącym już) mężem studiowaliśmy (w jednej grupie) na Wydziale Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego i pamiętam, że były to czasu kiedy obaj (zresztą w większym gronie) nieźle balowaliśmy. Stare dobre czasy.

Pani owa spytała się mnie, czy rozprawa się już rozpoczęła, więc zgodnie z prawdą poinformowałem ją, że jeszcze nikt jej nie wywołał. Mówiąc to podszedłem do drzwi, aby przeczytać tzw. wokandę i ku memu zdziwieniu zauważyłem na jej samym dole dopisek, że rozprawy z sali nr 109 zostały przeniesione do sali nr 110. Szybko więc razem tam się udaliśmy, ale nasze spóźnienie miało dla mnie ten fatalny skutek, że sąd nie zezwolił mi na nagrywanie rozprawy, twierdząc, że prokurator rozpoczął już swą przemowę, a więc rozprawa trwa. Nie omieszkał jednak przepytać mnie co do tożsamości i powodu dla którego na rozprawę przybyłem. Korzystając z okazji poinformowałem go, że w zasadzie interesuje mnie nagranie wyroku z uzasadnieniem i wówczas pan sędzia podyktował do protokołu, że jeżeli w dniu dzisiejszym będzie ogłoszony wyrok, to mogę go nagrywać. Ku memu zmartwieniu okazało się, że wyrok będzie jednak ogłoszony w innym terminie, a konkretnie w dniu 4 października br. o godz. 11.00 w sali ne 110. Tak więc pozostaje mi jedynie streścić z pamięci i poczynionych notatek, to co się na sali sądowej działo. Ale o tym napiszę w kolejnym odcinku.