1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

 Dawno już tu nie pisałem, ale nie dlatego, że brak mi tematów, ale dlatego, że po prostu brakuje mi czasu. Nad czym bardzo ubolewam. Nawet pisanie mojego sztandarowego dzieła, czyli historii o zbrodni pod Narożnikiem 17 sierpnia 2997 roku, mocno zaniedbałem. Wszystko dlatego, że doszedłem do wniosku, iż czas najwyższy, aby moje prywatne archiwum jakoś uporządkować, czyli mówiąc dzisiejszym językiem, zdigitalizować, a jego papierową część wywieść na skup makulatury. Myślę, że sporo kasy na tym zarobię, bo będzie tego grubo ponad 200 kilo. Najbardziej cieszy się Dana (żona), którą moje papierowe „skarby” mocno już wkurzają. No cóż, dla niewtajemniczonego, to tylko kupa bezużytecznego papieru rozłożonego gdzie tylko się da – oczywiście chodzi o pokój, który zaanektowałem na swoją pracownię - i nikt nie ma prawa niczego tam ruszać, a już nie daj boże przekładać lub przesuwać. Mimo pozornego bałaganu, ja doskonale wiem, gdzie się co znajduje.

Przypomniała mi się pewna scenka, kiedy swego czasu, do mojej służbowej szafy zajrzał naczelnik wydziału (kryminalnego) płk. Eugeniusz Karłowski.

- Większego burdelu w tej szafie to już chyba mieć nie możesz - rzucił z przekąsem, widząc jej zawartość, ponieważ nie zdążyłem przymknąć nogą jej metalowych drzwi.

- Naczelniku, to tylko z pozoru jest burdel, a tak naprawdę wszystko znajduje się na swoim miejscu, czyli jest to burdel uporządkowany – odpowiedziałem mu zgodnie z prawdą.

- Tak? No to daj mi teczkę ... - tu wymienił kryptonim sprawy operacyjnej, jaką prowadziłem w lutym tego roku. Był sierpień, więc myślał, że mnie zaskoczy.

- Proszę bardzo – odpowiedziałem i sięgnąłem ręką na trzecią od góry półkę, do kupki znajdującej się na jej prawym końcu.

Był wyraźnie zaskoczony, albowiem wydawało mu się, że będę jej gorączkowo poszukiwał i wywalał wszystko na podłogę. A tu masz babo placek. Szast prast i teczka do dyspozycji.

Widziałem jak Franto z „Dziadkiem” skrywali swoje rozbawienie, aby szef nie pomyślał sobie, że się z niego naigrywają.

- No, masz szczęście, ale i tak uważam, że w ciągu najbliższych dni musisz z tym zrobić porządek i część tych papierzysk przekazać do archiwum – chciał prawdopodobnie zamknąć temat, wykazując jednocześnie swoją naczelnikowską dezaprobatę wobec tego, co w mojej szafie zobaczył.

- Ma się rozumieć, naczelniku, ale większość tych papierów jest mi potrzebna, bo w razie potrzeby nie będę latał, aby odpowiednie informacje z archiwum wyciągać – nie dawałem za wygraną i po chwili, uznając mojej racje, albo nie chcąc wdawać się w dalsze dyskusje, zmienił temat, jakby sprawy w ogóle nie było.

Było to w połowie lat 80-tych XX wieku i nawet nie mieliśmy świadomości, że kiedyś będziemy dysponować komputerami, w których bez problemu wszystko będzie można zapisać i w razie potrzeby szybko z tego skorzystać.

Obecnie w mojej „pracowni” stoją trzy komputery stacjonarne, dwa laptopy i jeden tablet. I wszystkie wykorzystuję praktycznie każdego dnia … no może kilka razy w tygodniu. Dzięki temu wszystko więc w zasięgu ręki, wiem gdzie co jest zapisane, więc papiery na makulaturę i zabieram się ponownie do pisania książki i prowadzenia „Dziennika Szarego Obywatela”.

PS.

Najsmutniejsze jest to, że wszystkie przywołane w tej historyjce osoby już dawno nie żyją i pozostaje mi jedynie o nich sympatycznie wspominać, ponieważ właśnie bardzo sympatycznymi osobami byli.