1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

 Niekiedy się zastanawiam nad tym, czy politycy z obozu obecnie rządzącego Polską posła i prezesa wypełniają tylko jego wolę, czy też niekiedy dopuszczają się różnych wybryków, wymykających się – nie wiadomo dlaczego – jego uwadze. Kiedyś dotyczyło to tzw. Misiewiczów, których za przykładem byłego ministra od wojska, inni polityczni podwładni prezesa, upychali się się tylko da, za kasę jaką się tylko dało dla nich z budżetu państwa wyszarpać. Z tym, że wysokość ich uposażeń była odwrotnie proporcjonalna do ich wykształcenia i kompetencji. Lud prosty – któremu wg jednego z bardów PiS, wszystko da się wmówić – w pewnym momencie jednak dał głos swego niezadowolenia i prezes, uznając, iż vox populi, vox dei, nakazał owych Misiewiczów pogonić precz. Jednakże jeden taki pozostał i mając wolną rękę, zmajstrował tak idiotyczną ustawę, że wywołała ona nie tylko protesty „totalnej opozycji” parlamentarnej i tej pozaparlamentarnej w kraju, ale także wielkie zdziwienie i niezadowolenia na świecie, a już osobliwie w Izraelu i USA.

W obronie wykwitu intelektu autora owej ustawy, stanął sam prezes, a za nim cała rzesza jego podwładnych, łącznie z tym pełniącym funkcję prezydenta, którzy gromkim głosem oświadczyli urbi et orbi, że raz uchwalonej ustawy bronić będą jak niepodległości, bo nie po to Polska powstała z kolan, aby teraz jacyś obcy pluli nam w twarz. Na takie dictum mocno zeźliły się władze Izraela (premier i Kneset) oraz prezydent USA i zdecydowana większość amerykańskiego Kongresu, przez co drzwi do Gabinetu Owalnego w Białym Domu na długo zatrzasnęły się przed nosami naszych najwyższych reprezentantów politycznych. I kiedy prezydent Trump uroczyście podejmował prezydenta któregoś z postradzieckich krajów azjatyckich, gdzie o demokracji trudno raczej mówić, to nasz najwyższy przedstawiciel mógł się jedynie spotkać z burmistrzem Jersey City, aby usłyszeć od niego, że to nie Polska będzie decydować, gdzie miasto ma sobie wybudować sobie park rekreacyjny.

Amerykańskie ultimatum było bardzo czytelne i wnet usłyszeliśmy od prokuratora generalnego, że ta doskonała ustawa – w obronie której jeszcze dzień wcześniej jako minister od sprawiedliwości gotów był prawie swe życie oddać – jest całkowicie do luftu i należy skierować ją do urzędu pełniącego rolę Trybunału Konstytucyjnego, aby ten obadał, co w niej jest niezgodnego z konstytucją. Trochę mnie to zdziwiło, bo do tej pory ludzie prezesa akurat ten najwyższy akt prawny RP, traktowali jak rolkę wiadomego papieru produkowanego w Fabryce Papieru KACZORY sp. z o.o., ale wiadomym wszystkim było, iż to jedynie wybieg taki. I wszystko jakoś na pewien czas umilkło, aby nagle wybuchnąć informacją o wielkim sukcesie kolejnego nominanta prezesa, który zastąpił na stanowisku jedną panią, niegdysiejszą burmistrzynie w Brzeszczach.

Sukces polegać ma na tym, że ustawa ta, będąca przedmiotem światowej awantury politycznej i dyplomatycznej została zmieniona zgodnie z życzeniami wyrażonymi przez Kongres USA i premiera państwa Izrael. Wielki to sukces zaiste, bo osiągnięty pod amerykańską groźbą wycofania ich wojskowych baz z terenu Polski i jednocześnie efektom supertajnych rozmów polskich supertajnych przedstawicieli z przedstawicielami Izraela toczonymi w siedzibie Mosadu (izraelska agencja wywiadowcza) w Tel Awiwie i w Wiedniu. Ciekawostką też jest i to, że tekst zmian inkryminowanej ustawy (o IPN) konsultowany był przez izraelskich historyków, co też zapewne uznać należy za wielkie osiągniecie polskiej dyplomacji. O tych tajnych rozmowach poinformowała świat izraelska telewizja Kanał 10, dzięki czemu wieści te do Polski dotarły również.

Ktoś zapyta, dlaczego akurat tym się zająłem, kiedy grozi nam wszystkim totalna zapaść sądownictwa, wdrożenie art. 7 Traktatu Unii i na dodatek wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie ustawy o Sądzie Najwyższym? Otóż w zasadzie z powodu mojej szczególnej wrażliwości na hipokryzję i cynizm obecnie rządzących. Otóż od lat gdzie mogą i kiedy mogą (obecnie mogą wszędzie i zawsze) krzyczą wielkim głosem, że w czasach PRL nasz kraj nie był państwem suwerennym i wszelkie decyzje ponoć zapadały w Moskwie, gdzie po wskazówki wyjeżdżali moskiewscy sługusi z polskim (?) paszportem. Następnie dzięki „solidarnościowej rewolucji” Polska odzyskała w pełni swą suwerenność, a gdy władze zdobył prezes i jego akolici, wstała z kolan, odzyskując też swą przynależną jej godność i honor. I co się nagle okazuje?

Otóż okazuje się to, że to obce siły, stosując szantaż i groźby, piszą dla Polski ustawy, regulujące jej wewnętrzne sprawy. Jakiego więc rodzaju jest to suwerenność, bo wydaje mi się, że niczym się nie różni od tej z czasów genseka Breżniewa, który narzucił światu zasadę ograniczonej suwerenności stanowiącej, że w tzw. obozie socjalistycznym obowiązuje ograniczenie suwerenności poszczególnych jego państw na rzecz całej wspólnoty, co w praktyce oznaczało interesy ZSRR. Doktryna ta w zasadzie niczym nie różniła się i nie rożni od współczesnych doktryn amerykańskich, według których Stany Zjednoczone są uprawnione do użycia sił militarnych w dowolnym miejscu świata, w przypadku kiedy uznają to korzystne dla swych interesów.

Okazuje się więc, że Polska po to tylko z kolan powstała, aby szybciutko paść plackiem przed Wielkim Bratem zza oceanu, do którego tak jak za czasów Breżniewa jeżdżą po wskazówki, ci co o suwerenności ględzą dniami i nocami. To, co się stało za przyczyną niesamowitego intelektu autora tejże ustawy, jest dla Polski bardzo niebezpieczne. Kiedy ktoś przed dyktatem ustąpi raz, pokazuje swą słabość i uczyni to za każdym razem, gdy silniejszy od niego tego zażąda. Więc nie zdziwmy się, że być może w nieodległej już przyszłości leżące plackiem przed Wielkim Bratem polskie elyty polityczne, równie pokornie przyjmą do realizacji uchwaloną w kwietniu 2018 roku przez Kongres USA ustawę 447 (Just Act). Daje ona Departamentowi Stanu możliwość wspomagania organizacji międzynarodowych zrzeszających ofiary Holocaustu m.in. w zakresie odzyskania majątków, które nie mają spadkobierców. I chociaż po II wojnie światowej Polska Rzeczpospolita Ludowa uchwaliła, że mienie poniemieckie i tzw. mienie porzucone (nie mające spadkobierców) przechodzi na skarb państwa, to przecież stać się tak nie mogło, albowiem według najwyższych polskich władz państwowych, Polska wówczas jako państwo nie istniała. Tak więc stan prawny owego mienia nadal pozostaje nieuregulowany i nie ma żadnych przeszkód prawnych uniemożliwiających oddania go na rzecz żydowskich organizacji międzynarodowych skupiających ofiary Holocaustu, będącego efektem obłąkańczej doktryny nazizmu. Ale to my dziś leżymy plackiem, ciesząc się, że znów możemy zrobić „łaskę” naszym łaskawcom z USA i Izraela. A autora tego swoistego „trojańskiego konia” nie spotkała żadna kara, no chyba że jest nią kandydowanie na prezydenta. Nie, nie … na razie tylko stołecznego miasta Warszawa.