1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

Właśnie skończyłem czytać książkę Janusza Rolickiego „Nieznośny urok PRL” i mam problem, jak ją ocenić. Janusz Rolicki, znany dziennikarz, niespełniony polityk (PZPR, SLD, Samoobrona RP), napisał swego czasu kilka książek poświęconych Edwardowi Gierkowi, co było efektem wielogodzinnych rozmów, jakie przeprowadził z byłym I sekretarzem KC PZPR. Dzięki tym rozmowom, ale także i dokumentom, jakie mu E. Gierek pokazał, mógł zajrzeć za kulisy wielkiej „gierkowskiej dekady” lat 1970-1980, która zapoczątkowała wielki skok gospodarczy PRL, lecz także niestety i późniejsze kłopoty ekonomiczne, jakie były nieuchronnym następstwem zaciągniętych na Zachodzie kredytów dolarowych, których nieuchronna spłata wisiała nad Polską, ale przede wszystkim nad PZPR, jak miecz Damoklesa. „Nieznośny urok PRL” to powieść z tak zwanym kluczem, w której część bohaterów występuje pod swoim prawdziwym nazwiskiem (Edward i Stanisława Gierek, Piotr. Jaroszewicz, Breżniew, Gromyko), przy czym pozostali pod zmienionymi nazwiskami. Jednakże dla dociekliwego czytelnika, łatwymi do rozszyfrowania.

Nie mam zamiaru opisywać całej fabuły, ponieważ książkę czyta się dobrze, chociaż odnosi się ona do wydarzeń raczej powszechnie znanych. Mnie spodobała się narracja, która w bardzo przystępny, bo zrozumiały praktycznie dla każdego, wyjaśnia dlaczego E. Gierek podejmował takie, a nie inne decyzje i kto oraz z jakich powodów przeszkadzał mu skutecznie, aby mógł Polskę skutecznie wyprowadzić z ekonomicznego i politycznego dołka.

Po jej przeczytaniu zupełnie innym okiem spojrzałem na czerwcowe podwyżki cen żywności w 1976 roku, które doprowadziły do kolejnego buntu tak zwanej wielkoprzemysłowej klasy robotniczej i ku mojemu zdumieniu dowiedziałem się, z jakich to prawdziwych powodów PZPR z tego pomysłu się wycofała. Bo Gierek uczynił tak pod wpływem cynicznej groźby Breżniewa i Gromyki, że jeżeli podwyżki zostaną wprowadzone w życie, to ZSRR zakręci kurki wszelkich dostaw ropy naftowej i innych surowców, bez których polska gospodarka z miejsca padłaby jak przysłowiowy pies Pluto. Groźba taka padła podczas wielkiego spotkania przywódców bratnich państw stowarzyszonych w Układzie Warszawskim i RWPG w Berlinie w 1976 roku.

Jednym słowem w obronie robotników z Gdańska i Radomia stanął tow. Leonid, co skutecznie załamało polską gospodarką z tego prostego powodu, że nie byliśmy w stanie zwiększyć naszego eksportu za dewizy na Zachód, ponieważ niskie ceny niesamowicie zwiększały popyt wewnętrzny, co ogałacało rynek z praktycznie wszystkich towarów. A to z kolei powodowało wielkie niezadowolenie klasy robotniczej, która zmuszona była stać w kolejkach. I nikt się jakoś nie przejmował tym, że tylko dewizami mogliśmy nasze kredyty spłacać, a tow. Leonid Breżniew nie zgodził się, aby doprowadzić do wymienialności złotówki, która zżerał tzw. rubel transferowy.

Kiedy się tę książkę przeczyta, łatwiej będzie o zrozumienie, że wtedy w PRL nic nie było takie, jak dziś o tym sądzimy. Z drugiej jednak strona książka ta ma strasznie niezrozumiały wątek fabularny, z którym Janusz Rolicki nie potrafił dać sobie rady. I tak absolutnie nie jest wyjaśnione kto i po co potajemnie zaserwował znanej dziennikarce i telewizyjnej redaktorce, członkini Komitetu do Spraw Radia i Telewizji "Polskie Radio i Telewizja" tak zwaną pigułkę gwałtu, aby następnie umieścić w jej hotelowym łóżku asystenta tow. Gierka, gołego jak święty turecki, któremu taki sam środek zaserwowano. Zresztą i ją również ktoś rozebrał do rosołu, a działo się to podczas wspomnianej wizyty w Berlinie, albowiem dziennikarkę bez żadnego jasno wyjaśnionego przez autora powodu, umieszczono w składzie oficjalnej delegacji partyjnej. Dwie te osoby serdecznie się nie cierpiały, a mimo to na ostatnich kartach powieści znajdujemy ich w prywatnym łóżku redaktorki, która po powrocie z Berlina podjęła heroiczną decyzję zerwania wszelakich kontaktów z komuchami. Myślę, że jeżeli już autor wątek ten w powieści umieści, to powinien doprowadzić do jego całkowitego wyjaśnienia, czego jednak ku mojemu zdumieniu nie uczynił. Szkoda też, że nie wyjaśnił kulis i ewentualnego celu przygotowanej prowokacji prasowej, dotyczącej podwyżek cen planowanych przez Partię i rząd.

Natomiast do tragicznego zakończenia doprowadził trochę infantylnie przedstawiony wątek nieszczęśliwej pozamałżeńskiej miłości 60-letniego sekretarza KC PZPR, Zastępce Członka Biura Politycznego KC PZPR i jednocześnie wicepremiera rządu PRL1, do 24-letniej początkującej dziennikarki telewizyjnej, której szefową była owa wspomniana członkini polskiej delegacji do Berlina. Związek ten zakończył się dla nich tragicznie, a na jego tle Janusz Rolicki pokazał, jakie kanalie służyły w polskich służbach specjalnych. Myślę, że bardzo jednostronnie, a poza tym chyba nie bardzo się w tym wszystkim szczególnie orientował, bo miesza zakresy obowiązków służbowych i zasady hierarchii panującej w tych służbach. I dlatego – tak myślę - ten fabularny wątek znacznie poziom tej powieści obniża. Ale przeczytać warto dla jej historyczno-politycznego wątku i dlatego szczególnie ją polecam.

1. Sprawdziłem w Wikipedii i nie znalazłem żadnego wicepremiera rządu Piotra Jaroszewicza, który umarłby w 1976 roku.