1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

Polska powoli staje się państwem policyjnym, o czym z każdym tygodniem, a na pewno miesiącem, jest coraz głośniej i coraz więcej przykładów pojawia się w obiegu medialnym. Nie jest to jeszcze coś w rodzaju terroru, bo mimo wszystko do tego wciąż dosyć daleko, ale ludzie już zaczynają się bać. Bać PiS i długich rąk Jarosława. Sam niedawno przekonałam się, że odwaga znów strasznie podrożała, a strach powoduje, że zerwaniu ulegają nawet więzy przyjaźni. Otóż jakiś czas temu spytałem się mojego przyjaciela, czy nie zechciałby podpisać listy osób wspierających projekt ustawy niwelującej pisowskie represje nałożone na funkcjonariuszy mundurowych III RP, którzy w przeszłości, chociażby tylko przez jeden dzień, byli funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa. Nie było problemu i listę podpisał wraz ze swoją życiową partnerką, albowiem wielokrotnie wyrażał swój zdecydowany sprzeciw wobec bezprawnych poczynań PiS.

Jędrek nigdy w jakimkolwiek mundurze nie chodził, ale przez lata utrzymywał kontakt zarówno ze mną, jak i naszym wspólnym (a moim drugim) przyjacielem, który – tak się złożyło – zanim został policjantem, był funkcjonariuszem SB. Noc sylwestrową, razem z Jędrkiem i jego dziewczyną, spędzaliśmy w tym samym gronie nie mającym ze służbami mundurowymi nic wspólnego i w pewnym momencie rozmowa zeszła na akcję zbierania podpisów pod projektem ustawy FSSM RP. W jej trakcie Jędrek zaczął wyrażać wątpliwość, czy słusznie uczynił podpisując się pod tą listą, co wzbudziło tylko moje zdziwienie, ale nie przywiązywałem do tego większej uwagi, a zgłaszane przez niego wątpliwości po prostu zbagatelizowałem.

Dwa dni później, pod wieczór, Jędrek wraz z partnerką pojawił się w moim domu i od razu przystąpił do tematu. Oświadczył, abym jego podpisy na liście wykreślił, a kiedy dowiedział się, że zostały już wysłane do Warszawy, zdecydowanie (i dosyć agresywnie) oświadczył, że postąpiłem nie po koleżeńsku, albowiem zmusiłem go do podpisania tej listy poparcia, przez co on teraz będzie miał kłopoty, bo ktoś zapewne będzie sprawdzał, kto te listy podpisał. I przeze mnie został narażony na groźbę utraty wszystkiego tego, czego się w życiu dorobił, ponieważ „zmusiłem go do stawania w obronie ubeków”. Tak się dosłownie wyraził. Ja skądinąd wiedziałem, że parę godzin wcześniej rozmawiał przez telefon z naszym wspólnym przyjacielem, którego zapewniał, że w razie czego on jest zawsze gotowy do udzielenia mu wszelakiej pomocy. W pierwszym momencie zacząłem sobie z niego trochę pokpiwać, że faktycznie ma się czego bać, bo zapewne jakieś pisowskie szwadrony śmierci wpadną do jego domu i będą go chcieli za ten podpis powiesić na suchej gałęzi, ale kiedy ponownie zarzucił mi, że ja jego oraz jego dziewczynę zmusiłem do złożenia podpisu, przez co od kilku dni jego ciśnienie przekracza 200 jednostek, co przy jego chorym sercu naraża go na wielkie niebezpieczeństwo, po prostu nie zdzierżyłem. W efekcie wyrzuciłem go wraz z tą jego narzeczoną za drzwi i wyraziłem nadzieję, że już się u mnie więcej nie pokaże, a po porady prawne niech biega do adwokata, bo ja nie mam zamiaru utrzymywać z nim jakichkolwiek kontaktów.

Żona, która była mimowolnym świadkiem tego żenującego wydarzenia, stwierdziła, że zachowałem się nazbyt emocjonalnie, bo w sumie taka błahostka nie powinna ważyć na naszej wieloletniej przecież przyjaźni. Ja jednak uznałem, że nie mogę przyjaźnić się z tak zwykłym tchórzem, który na dodatek zarzucił mi kłamliwie, iż go do czegoś zmusiłem, narażając jego i jego życiowe sukcesy na jakieś wielkie niebezpieczeństwo. Moje doświadczenie mówi mi, że najłatwiejsi do pozyskania w charakterze donosicieli są właśnie tacy tchórzliwi osobnicy. A ja nie chciałbym mieć w swoim otoczeniu kogoś, komu z powodu jego tchórzostwa przestałem ufać.