1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

Poszedłem w niedzielę na manifestację w obronie zasady trójpodziału władzy, a konkretnie w obronie Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa, którą zwołano na 21:00 pod Sądem Rejonowym w Wałbrzychu. Ludzi, w porównaniu do czwartku (20.07.br.), było wyraźnie mniej, bo nie więcej jak z 3 lub 4 setki. Już w momencie, kiedy zbliżyłem się do sądu od ulicy Limanowskiego, zauważyłem wśród stojących na schodach organizatorów tego zgromadzenia, znane mi z widzenia jedynie dwie wałbrzyskie posłanki Platformy Obywatelskiej, a konkretnie Katarzynę Mrzygłodzką i Agnieszkę Kołacz-Leszczyńską. Od razu moja sympatia zarówno do organizatorów, jak i samego zgromadzenia, spadłą o co najmniej 60%, ale z uwagi na wagę wydarzenia, postanowiłem, tak jak zaplanowałem, brać w nim udział. Tym bardziej, że miałem do wykonania określone zadanie.

Otóż obiecałem moim kolegom policyjnym emerytom, że zabiorę głos, aby podkreślić, że niszczenie polskiej demokracji nie zaczęło się w 2016 roku, ale znacznie wcześniej, bo w roku 2009, kiedy pełnię władzy sprawowała Platforma do spółki z PSL. Chciałem zaznaczyć, że to oni właśnie padli ofiarą niszczenia polskiej demokracji. Byłem do tego zobligowany jako Pełnomocnik Komitetu Protestacyjnego Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP i obiecałem kolegom, że zwrócę się z apelem do manifestujących, aby mieli w pamięci nie tylko los sędziów Sądu Najwyższego, ale też, aby pamiętali i upominali się o emerytowanych funkcjonariuszy Policji, którym kaczystowska władza rabuje ich emerytury i renty.

Widząc na schodach sądu obie posłanki PO, bardzo przez organizatorów manifestacji fetowane, z miejsca o tym iwencie zmieniłem zdanie. Tym bardziej, że znów wśród zgromadzonych na chodniku zauważyłem przewodniczącego wałbrzyskiego SLD Krzysztofa Strzelca, dla którego, jak na poprzedniej manifestacji, miejsca na schodach nie było. Ponadto zauważyłem jeszcze coś innego. Otóż 20 lipca w centralnym miejscu przed sądem stali działacze partii Razem (czytaj: OSOBNO), z rzucającym się w oczy banerem z nazwą ich partii. Teraz zepchnięci zostali całkowicie na bok. Widać posłankom PO pola musieli ustąpić.

Kiedy dojrzałem Mateusza Rambachera, który był jednym z głównych animatorów tej manifestacji, podszedłem pod schody i gestem poprosiłem go, aby zszedł do mnie na chodnik. Nie chciałem tam wchodzić, aby nie wywoływać żadnego zamieszania. Myślałem, że Mateusz, który wielokrotnie zapraszał mnie na do udziału w różnych politycznych i samorządowych inicjatywach, podejdzie, bo na pewno wie, że nie na piwo, w tym momencie i miejscu, miałem ochotę go zaprosić. Mógł podejść do mnie, zwłaszcza, że jestem od niego na tyle starszy, iż mógłbym być jego dziadkiem. Ale mnie po prostu - mówiąc językiem młodych - olał mnie totalnie. Zaskoczony, zauważyłem dziwny jego gest, którym w sposób oczywisty dawał mi wyraźny znak, abym mu - za przeproszeniem - dupy nie zawracał. Widać tak bardzo przejął się swoją wodzowską rolą, że sama myśl o zniżaniu się do kontaktu z kimś, kto w zasadzie w wałbrzyskim światku politycznym nic nie znaczy, jest poniżej godności "bojownika o wolność i demokrację". A może się bał, iż ktoś mu miejsce na tych schodach zabierze. Nie wiem, ale i tak mogło być.

Później było już tylko gorzej. Kiedy już posłanki PO i kilku nie znanych mi działaczy jakichś organizacji lub stowarzyszeń zakończyli swe płomienne przemówienia, ogłoszono, że organizatorzy chcą mikrofon przekazać tym, którzy też chcieliby coś powiedzieć. Dałem znać Mateuszowi - a stałem od niego nie więcej jak 4 metry - iż chciałbym z tej okazji skorzystać. I robiłem tak dokładnie cztery razy, i cztery razy zostałem (gestem) odesłany z kwitkiem. No cóż, pomyślałem sobie, że widać to nie jest miejsce dla takich jak ja, więc nie pozostało mi nic innego, jak zabrać się stamtąd jak najszybciej, co też od razu uczyniłem.

Być może, a nawet na pewno, gdybym był członkiem, albo chociażby znanym sympatykiem PO, to z zabraniem głosu nie miałbym żadnych problemów, ale Mateusz doskonale wie (i jego polityczni przyjaciele również), że jestem osobą o zdeklarowanych lewicowych poglądach i sympatyzuję z SLD, chociaż mam do tej partii wiele różnych pretensji. I jestem przekonany, że to właśnie te moje polityczne sympatie były główną przyczyną, przez którą do tego towarzystwa nie pasowałem.

I muszę przyznać, że jest to słuszne przekonanie, bo absolutnie mi nie po drodze z cyniczną Platformą Obywatelską, której ośmioletnie rządy narobiły w Polsce takiego bałaganu, że zdeterminowani obywatele w geście rozpaczy zdecydowali się oddać władzę politycznemu bliźniakowi Tuska i Schetyny, czyli Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ale zanim to uczynili, partia posłanek Mrzygłodzkiej i Kołacz-Leszczyńskiej w 2009 roku przeprowadziła w sejmie ustawę (tzw. dezubekizacyjna), w którą wprowadzono represje w postaci odpowiedzialności zbiorowej wobec funkcjonariuszy SB i POlicji, łamiąc przy tym kilka innych podstawowych zasad konstytucyjnych, co pan Rzepliński Andrzej i usłużny PO Trybunał Konstytucyjny, przyklepał, mając przepisy Konstytucji RP dokładnie w tym samym miejscu, gdzie ma je Jarosław Kaczyński. I teraz posłanki z tej partii mają czelność zagrzewać nas do walki o poszanowanie Konstytucji RP. Ubrał się w ornat Diabeł i ogonem na mszę dzwoni.

I dlatego to zgromadzenie opuściłem wielce zniesmaczony.

Szkoda tylko, że ci młodzi ludzie, którzy na tej dzisiejszej manifestacji w Wałbrzychu tak szczerze wołali "Precz z Kaczorem dyktatorem", "Demokracja", "Konstytucja" itp. nie znają najnowszej polskiej historii. Szkoda, że nie wiedzą, iż złamanie podstawowych zasad Konstytucji nastąpiło w roku 2009, co pozwoliło później Kaczyńskiemu te pro obywatelskie "osiągnięcia" twórczo rozwinąć i odebrać emerytury i renty tym, którzy od roku 1990 służyli w polskiej Policji i z polskim państwem podpisali kontrakt. W imię jego zasłużyli wiernie z całym poświeceniem i tylko dlatego, że mieli (większości przypadków) niewielkie epizody w Służbie Bezpieczeństwa w czasach PRL, dzisiaj za swą służbę, państwo odbiera słusznie nabyte emerytury i daje mi żenujące i hańbiące ochłapy. Myślę, że ci, którzy dziś na tych w manifestacjach, obok przedstawicieli PO wołają wielkim głosem, że nie oddadzą demokracji, nie mają pojęcia, że jest to wołanie na puszczy, albowiem oddali ją już dawno. Osiem lat temu.

A oto słowa prof. Andrzeja Strzembosza wypowiedziane podczas warszawskiej manifestacji 20 lipca 2017 roku:

"A czy wiecie państwo, co znaczy, kiedy ustawa wprowadza odpowiedzialność zbiorową? Wprowadzenie ustawą odpowiedzialności zbiorowej (...) jest pewnego rodzaju represją, a jeżeli stosuje się represje zbiorowe, to wiecie jak się to nazywa?" (tu prof. Strzembosz zawiesza głos, a prowadzący wiec podpowiada głośno: KOMUNA I TOTALITARYZM).

Prof. nie protestując, czyli akceptując to dopowiedzenie, przemawia dalej:

"Dlatego zwróciłem się do pana prezydenta, aby nie ubrudził sobie rąk tą ustawą, bo kiedyś powiedzą, że podpisał ustawę wprowadzająca odpowiedzialność zbiorową. A to ma swoje odpowiednie konotacje historyczne."

Pomyślcie o tym, zanim na kolejnych manifestacjach będziecie stawać obok Platformy Obywatelskiej.

PS. A pamiętacie jak Jarosław Kaczyński w podobny sposób z Joachimem Brudziński wołał do PO? Nie?. No to przypomnę:

"Całą Polska z was się śmieje ... komuniści i złodzieje".