1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

 Coraz trudniej jest mi wysiedzieć w niedzielne poranki przed telewizorem, aby obejrzeć do końca polityczne audycje Polsatu News (Śniadanie w Polsacie i Cztery strony Prasy) i TVN24 (Kawa na ławę i Loża prasowa), albowiem ilość różnego rodzaju politycznych bredni wygłaszanych przez niektórych polityków i dziennikarzy, po prostu powala na podłogę.

Na przykład jedna z dziennikarek opowiada brednie, że w zasadzie nie ma czym się przejmować, jeżeli chodzi o „wyrok” (tak zwanego) Trybunału Konstytucyjnego w sprawie odmowy wydrukowania jakiegoś plakatu, bo jakiś czas upłynie i wszyscy o tym zapomną. I nie przychodzi do jej ślicznej blond główki, że tu nie tyle o tego drukarza chodzi, lecz o to, że z kodeksu wykroczeń został usunięty przepis, który gwarantował, że usługodawca nie będzie wybierał komu usługę wyświadczy, a komu nie.

Rozmawiając niedawno na ten temat z jednym z moich kolegów, który prowadzi działalność usługową, dowiedziałem się od niego, że w pierwszej chwili miał zamiar nad drzwiach wejściowych do firmy wywiesić duże ogłoszenie, aby pisiory szukały usług gdzie indziej, ponieważ on z uwagi na swój światopogląd ich nie trawi. Wstrzymuje się od tego tylko z tego powodu, że zdaje sobie sprawę, iż pisiory z miejsca naślą na niego kontrolę skarbową, a ta nawet jak nic nie znajdzie, to mu tak życie umili, że straty będę zbyt duże, aby ryzykować je z uwagi na tych politycznych durniów i oszołomów w jednym.

No cóż, rozum musi ustąpić przed emocjami.

Inny polityk opowiada brednie, że jego partia nie wejdzie w dużą koalicję złożoną z Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej, SLD i Wiosny, ponieważ konserwatywny i związany z Kościołem wyborca na taka koalicję nie zagłosuje, przez co przyczyni się do zwycięstwa PiS. I nie przyjdzie takiemu „mędrkowi” do jego politycznej wielce głowiny, że jacykolwiek wyborcy nie głosują na jakieś koalicje (czy partie) tylko na konkretnych ludzi, którzy na listach wystawionych przez te koalicje się znajdują. Jeżeli na liście koalicyjnej tzw. antypisowskiej demokratycznej opozycji znajdzie się kandydat partii, której jest światopoglądowo bliski, to na niego właśnie zagłosuję, tak samo jakbym zagłosował na niego, gdyby ta partia szła do wyborów samodzielnie.

Różnica polega na tym, że startując z listy koalicyjnej, taki kandydat ma większe szanse na skuteczny wybór, niż gdyby startował z partii, której procentowe poparcie mieści się w okolicy wymaganego przez ustawę progu. A nawet, jeżeli jego partia ten próg minimalnie przekroczy, to i tak z uwagi na obowiązująca ordynację wyborczą, sporą pulę mandatów poselskich zgarną ci najwięksi, a jego ugrupowanie będzie się musiało zadowolić ochłapami.

Przyłączenie się do wielkiego politycznego gracza, któremu zależy na wygraniu i uniemożliwieniu pisiorom zdobycie większości parlamentarnej (a nie daj boże konstytucyjnej), nie jest jednoznaczne z tym, że kandydaci wybrani z partii wchodzących do koalicji, nie będą mogli utworzyć klubów lub kół poselskich. A mandaty w swoich okręgach (na poszczególnych listach) uzyskają ci, którzy w kampanii wyborczej będą w stanie zebrać poparcie jak największej ilości wyborców. Tak więc do roboty, bez niepotrzebnego smędzenia i robienia ludziom siana z mózgów.