1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

 W czasie wtorkowej rozprawy (25.09.2018) prokurator z IPN podkreślał szczególnie, że Leszek Lamparski nie działał pod wpływem błędu co do zgodności z prawem, albowiem jego zdaniem mógł się zapoznać dokładnie z treścią dekretu o stanie wojennym, a wówczas wiedziałby, że akt ten jest bezprawny. Apelację prokuratora w całej rozciągłości wsparła oskarżycielka posiłkowa, która dodatkowo odniosła się do krzywd, jakich doznała podczas pobytu w ośrodku dla internowanych, na co przecież gen. Lamparski absolutnie żadnego wpływu nie miał i nie może za to ponosić odpowiedzialności. W części merytorycznej wystąpienia stwierdziła jedynie, że w całej rozciągłości popiera treść apelacji prokuratorskiej. Natomiast mecenas Świteńki, który na wstępie bardzo mocno zaakcentował, że rozumie i podziela negatywna opinie dotyczącą stanu wojennego, zwracał jednak uwagę sądu na to, że przedmiotem rozprawy jest zarzut popełnienia 92 zbrodni przeciwko ludzkości, poprzez zastosowanie prawa, które w przekonaniu oskarżycieli jeszcze nie istniało, a więc słuszne żale oskarżycielki nie mieszczą się w ramach postawionego zarzutu.

Zwrócił przy tym uwagę na to, że instytucja internowania znana była w ustawodawstwie okresu międzywojennego, w czasie istnienia PRL, a także w czasach współczesnych i w każdym obowiązującym w tym czasie systemie prawnym, decyzja o internowaniu miała i ma charakter decyzji administracyjnej. Przypomniał też, że według orzecznictwa sądów (tym również NSA) dla oceny zgodności z prawem decyzji administracyjnej istotne jest tylko to, czy decyzja taka oparta jest na obowiązującym akcie prawnym. A więc w sprawie tej o złamaniu prawa mowy być nie może, albowiem ówczesne, jak i współczesne prawo upoważnia komendantów komend każdego szczebla do wydawania decyzji administracyjnych. Dla ich ważności – a w tym przypadku decyzji o internowaniu – nie ma znaczenia, czy powód internowania był zastosowany zgodnie z prawem. Tak więc wydając decyzje o internowaniu 92 osób, prawa nie złamał, a do przeprowadzenia oceny zgodności z prawem samych podstaw internowania, treść i zakres postawionego mu zarzutu nie daje sądowi żadnych prawnych możliwości.

Ponadto nie można oceniać tamtego wydarzenia, zaistniałego w ramach określonego systemu prawnego i stosowanych wówczas zasad i zwyczajów dotyczących tworzenia i stosowania prawa, przez pryzmat dzisiejszego demokratycznego państwa i jego systemu prawnego i etycznego. System prawny tamtego okresu dopuszczał możliwość obowiązywania ustawy od dnia jej uchwalenia, co zresztą dopuszczalne było również w pierwszych latach po 1989 roku, więc brak publikacji dekretu nie może być podstawą zarzutu, iż gen. Leszek Lamparski podpisując decyzje o internowaniu wskazanych przez Służbę Bezpieczeństwa osób, działał w oparciu o nieistniejące (nieobowiązujące) jeszcze prawo.

Istotnym jest fakt, że gen. Lamparski nie miał wówczas żadnej możliwości (zwłaszcza prawnej) sprawdzenia, czy dekret o stanie wojennym jest legalny. Zdaniem mecenasa Switeńkiego, aby apelacja prokuratorska była zasadna, prokurator winien udzielić odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób Leszek Lamparski miałby sprawdzić, czy wydany dekret o stanie wojennym jest zgodny z prawem. Czy miałby dzwonić do swoich kolegów komendantów z pytaniem, czy oni również stosowne polecenia (rozkazy) otrzymali, czy też zwrócić się z takim pytaniem np. do ministra spraw wewnętrznych? Wiadomym jest przecież, że tak postąpić nie mógł, bo za takie postępowania groziłaby mu odpowiedzialność nie tylko dyscyplinarna, ale i karna. Mógł oczywiście odmówić wykonania rozkazów, albo popełnić honorowe samobójstwo, ale niezdecydowanie się na taki krok, nie może być podstawą do oskarżenia, iż wydając zgodnie z prawem decyzje administracyjne, jednocześnie prawo to złamał.

Przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego ruszyły w marcu 1981 roku, w efekcie czego komendanci wojewódzcy otrzymali gotowe druki wszelkich dokumentów dotyczących zatrzymywania, a następnie internowania określonych osób (były to druki ścisłego zarachowania), a więc na ich treść i podane tam podstawy prawne nie miał żadnego wpływu. Natomiast cała korespondencja dotycząca przygotowania stanu wojennego miała miejsce jedynie pomiędzy odpowiednimi departamentami MSW i odpowiadającymi im wydziałami Służby Bezpieczeństwa na szczeblach komend wojewódzkich, kierowanych i nadzorowanych bezpośrednio przez wojewódzkich szefów Służby Bezpieczeństwa. Milicja nadzorowana i kierowana przez komendantów wojewódzkich MO w proces ten nie była zaprzęgnięta, a więc komendant wojewódzki nie był w stanie zapoznawać się z jej treścią. W stosownym czasie otrzymał jedynie odpowiedni szyfrogram, nakazujący mu wdrożenie czynności zgodnie z zaleceniami zawartymi w kopertach, które do tego dnia leżały zalakowane w jego szafie pancernej. Rozkaz ministra spraw wewnętrznych nakazywał mu podpisanie dostarczonych mu (wypełnionych) decyzji administracyjnych, co wykonał, albowiem obowiązujące prawo nakładało na niego taki obowiązek.

Na zakończenie mecenas Świteńki odniósł się do części sformułowanego zarzutu dotyczącego popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości. Stwierdził, że tak postawiony zarzut jest obrazą pamięci ofiar takich zbrodni popełnionych nie tylko w czasie wojny światowej, ale także wobec ofiar wielkiego głodu na Ukrainie z lat 30-tych, zbrodni przeciwko ludzkości popełnionych we współczesnej Serbii, czy innych mających miejsce w naszej najnowszej historii świata i Europy. Trudno się z taką konstatacją nie zgodzić.

Wychodząc z sądu zastanawiałem się dlaczego sąd I instancji postępowania tego w ogóle nie umorzył, albowiem podstawa aktu oskarżenia była zbrodnia komunistyczna, która uległa przedawnieniu. Prokuratura zaś zastosowała prawny kruczek doczepiając zbrodnie przeciwko ludzkości, ponieważ akurat ta zbrodnia przedawnieniu nie ulega. Mam nadzieję, że wydając wyrok Sąd Okręgowy kierować będzie jedynie literą prawa, a nie obowiązującym obecnie interpretacjami stricte politycznymi. Z drugiej jednak strony operacja krypt. Efekt Mrożący, zakreśla coraz większe kręgi, więc kto wie … Optymistą być jest coraz trudniej.

* * *

Bardzo oryginalną konstrukcję prawną przedstawił ostatnio prokurator Krzysztof Opania z prokuratury Okręgowej w Łodzi, prowadzącej śledztwo w sprawie przestępstw popełnionych przez policjantów, prokuratorów oraz sędziów, związanych z oskarżeniem i skazaniem Tomasza Komendy z Wrocławia. Karalność tego rodzaju czynów wprawdzie się już przedawniła, więc ich sprawcy śpią spokojnie, ponieważ nie sądzę, aby sumienie ich w jakiś sposób dręczyło. Ale być może spokój ich snu zostanie zakłócony z uwagi na to, że prokuratorzy pracują nad uzasadnieniem wskazującym, że nie ujawniając dowodów niewinności i zatajając dowody winny innych, osoby odpowiedzialne działały w tzw. czynnie ciągłym, a więc przestępstwo trwa do dnia dzisiejszego, a więc przedawnienie ich nie obejmuje. Jeżeli to się utrzyma, to sprawcy nieszczęść Radka Krupowicza, Patryka Rynkiewicza i Wojciecha Pyłki (wszyscy z Wałbrzycha), również spokój snu stracą, a ja uczynię wszystko, aby stać się tak mogło.